O śmierci w moim życiu

Ostrzeżenie o zawartości: śmierć, trudne emocje, żałoba, martwe ciało.

Pierwszy raz zetknęłam się ze śmiercią bliskiej osoby z rodziny, kiedy zmarła moja prababcia – mama babci od strony mamy. Babcia Bronia miała ponad 90 lat, kiedy zmarła, a ja chyba około dziewięciu. Zapadło mi to w pamięć, bo kiedy odeszła, byłam na wakacjach nad morzem z dziadkami od strony taty i nikt nie chciał takiemu dzieciakowi pierwszy raz opowiadać o śmierci z dala od domu i od rodziców. O ile mnie pamięć nie myli, nie wiedząc o niczym, przywiozłam nawet prababci pamiątkę znad morza.

Dowiedziałam się po powrocie i z perspektywy czasu myślę, że dla dziecka to był najlepszy sposób na oswojenie się ze śmiercią członka rodziny. Wydawało się to zupełnie naturalne, że odeszła wiekowa prababcia, która do końca praktycznie nie chorowała i odeszła spokojnie we śnie.

Niestety kilka lat później los nie był tak łaskawy i postanowił mnie zetknąć ze śmiercią najbliższej mi osoby, poprzedzając to jej ciężką chorobą.

Być może poświęcę kiedyś Babci Marysi (mamie mojego ojca) osobny tekst, bo na to zasługuje najbardziej na świecie. Miałyśmy z babcią swoje małe tradycje – wietrzenie pościeli na mrozie przed spaniem, pieczenie na święta pierniczków, które zawsze wychodziły za twarde czy oglądanie w telewizji Śpiewających Fortepianów (serio). Nie wiem, jak to się stało, ale to z babcią obejrzałam Planetę Małp, którą byłyśmy zafascynowane, mimo że potem nie mogłyśmy spać po nocach. Kiedy byłam mała, babcia robiła wszystko, żeby podtrzymać bajkowy klimat i atmosferę w spędzanych wspólnie chwilach.

Nie pamiętam konkretnego momentu, w którym “oficjalnie” ktoś mi powiedział, że babcia choruje na raka płuc (miałam ok. 15-16 lat). Dowiedziałam się tego chyba tak płynnie, między słowami. Przez jakiś czas nic się nie zmieniło, babcia tylko zaczęła się szybciej męczyć. Potem brała chemię i źle się po niej czuła, ale wciąż była samodzielna. Przyjeżdżałam do niej na nasze “nocowanie” w weekendy. Żałuję, że jej choroba przypadła na tak głupi, nastoletni okres w moim życiu. Wiem, że kiedy zaczęłam dorastać w pewnym momencie przestałam babcię doceniać tak mocno, jak powinnam była i czasem się głupio kłóciłyśmy (spływają mi łzy po policzkach, kiedy to piszę).

Pod sam koniec choroby prawie cały jej ciężar spadł na mojego ojca. Babcia była niesamodzielna i czasami nas nie poznawała. Teraz czuję, jakbym nie stanęła wtedy na wysokości zadania. Unikałam babci, kiedy była ciężko chora, bałam się tego. Nie wyobrażam sobie, jak ciężkie musiało to być dla mojego ojca.

Babcia zmarła w szpitalu 1 września 2010 r., czyli w mój pierwszy dzień w liceum. I mimo że przecież od kilku tygodni babcia już nie była sobą i teoretycznie mogłam się psychicznie przygotować na to, że jej nie będzie, dla mnie to był największy cios, jaki do tej pory przeżyłam. Położyło się to cieniem na moje pierwsze tygodnie (a w konsekwencji na całe trzy lata) w nowej szkole, gdzie po prostu nie byłam w stanie nawiązać kontaktu z kimkolwiek po przeżyciu takiej tragedii w pierwszym dniu.

Z wydarzeń okołopogrzebowych pamiętam, jak pojechaliśmy na ostatnie pożegnanie przed kremacją i nie miałam pojęcia, że będzie tam otwarta trumna. Byłam takim dzieciakiem, że wtedy nie mieściło mi się w głowie, że można żegnać się z martwym ciałem (silly me). Pamiętam tylko, że weszłam do kaplicy i zobaczyłam twarz babci. Natychmiast wyszłam z płaczem i nie byłam w stanie tam wrócić, czego teraz bardzo żałuję…

Przez następne dziesięć lat miałam szczęście nie przeżyć śmierci bliskiej osoby, aż do marca poprzedniego roku, kiedy zmarł dziadek od strony taty, czyli mąż zmarłej babci. Dziadek Jurek.

Pewnego marcowego wieczora w zeszłym roku, zaraz na początku pandemii koronawirusa w Polsce, odebrałam telefon od taty z wiadomością, której się totalnie nie spodziewałam. Dziadek zadzwonił do taty, że źle się czuje, zabrało go pogotowie i zmarł w szpitalu. Pękł mu tętniak, nie cierpiał.

Po śmierci dziadka nauczyłam się, że brak bliskich relacji z daną osobą nie implikuje braku żałoby i smutku. Mam na myśli, że z dziadkiem kontaktu za wiele nie miałam – kiedy przestałam być dzieckiem ciężko mi było znaleźć z nim jakiś wspólny temat. Zwłaszcza, że w ostatnich latach trochę stracił słuch i dogadanie się z nim było kłopotliwe. Dziadek był dość skrytym człowiekiem. Był zawodowym kierowcą, interesował się samochodami, kolekcjonował stare zegary i lampy naftowe. Ale życie dziadka było dla mnie łącznikiem do chwil wspólnie spełnionych z nim i z babcią. Inna sprawa, że czasem nie chodzi o to, jak my się czujemy z czyimś odejściem – ale o to, jak czują się inni członkowie rodziny i w tym przypadku stratę taty przyjęłam też jako swoją.

Dziadka również żegnaliśmy przed kremacją i tym razem nie uciekłam na widok ciała, chociaż zachowywałam pewien dystans i nie odważyłam się go dotknąć. Pamiętam, że dziadek Czesiek (tato mamy) powiedział przy pożegnaniu coś w stylu “I nie będzie już pana w tym roku na Wigilii z nami” (beaking my heart; zawsze jako dziecko cieszyłam się, kiedy moje rodziny z obu stron okazywały sobie jakąś sympatię).

Śmierć dziadka Jurka była niespodziewana i zapoczątkowała szereg zmian w moim życiu (m. in. remont i przeprowadzka do mieszkania po dziadku, o czym pisałam niedawno). W ogóle pierwsze chwile po przeprowadzce były pod tym względem dziwne – żyć w mieszkaniu, w którym jako dziecko odwiedzałam dziadków. Korzystać z tych samych mebli, co babcia. Chodzić na spacery tymi samymi ścieżkami. Robić zakupy w tych samych sklepach, albo chociaż przechodzić koło tych sklepów.

Pod koniec poprzedniego roku doświadczyłam również nowego dla mnie rodzaju starty – odszedł Pimpek, kot, którego tymczasowałam od początku pandemii. Chorował na chłoniaka, więcej o nim pisałam również tutaj. Wydawało mi się, że byłam na to przygotowana, ale kiedy leki popłynęły w jego żyłach i usnął na naszych oczach, coś we mnie pękło i przez kilkanaście minut płakaliśmy z partnerem przed lecznicą. Przez jakiś czas po jego odejściu, wciąż mi się wydawało, że słyszę jego miauczenie w mieszkaniu.

Naturalnie, odejście Pimpka uwolniło we mnie ogromne lęki w kontekście zdrowia i śmierci Ciri. Musiałam sobie uświadomić, że ona kiedyś też odejdzie. Ale o tym innym razem.

Niestety zmierzam do najświeższej części tej opowieści. 26 stycznia wieczorem usłyszałam w słuchawce telefonu słowa mamy: “Niestety znowu mam złe wiadomości… dziadek nie żyje”.

Dziadek Czesiek

Choć było to tak niedawno, ciężko mi określić co czułam w tamtym momencie. Byłam jednocześnie w szoku i jednocześnie czułam jakbym już się przyzwyczaiła do złych wiadomości. Poważnie, boję się w tym momencie odbierać telefony, bo spodziewam się najgorszego. Czułam żal, ze już nigdy nie usłyszę jak dziadek pyta mnie, co to jest iPhone albo czy słyszałam o takiej firmie jak CD Projekt Red. Czułam wdzięczność, że odwiedziłam dziadków na święta mimo koronawirusa i że kilka dni temu zadzwoniłam z życzeniami okazji Dnia Dziadka. Czułam współczucie dla mamy i dla babci, która została sama w dużym mieszkaniu. I strach. Strach, że najstarsze pokolenie odchodzi w takim tempie.

Przyjechałam do mieszkania dziadków. Dziadek leżał na podłodze. “Popatrz Agnieszka, wygląda jakby spał” – powiedziała babcia. Powiedzmy, że miałam inne zdanie na temat tego, jak wyglądają śpiący ludzie, ale ok. Kiedy ciało leżało w znanym mieszkaniu, a nie w zimnej kaplicy, nie miałam już żadnego problemu z jego obecnością, widokiem, dotykaniem. Dopiero za trzecim razem byłam sobie w stanie poradzić z taką formą pożegnania. Było w tym coś takiego naturalnego – w czuwaniu nad ciałem wraz z resztą rozpaczającej rodziny. Szczerze mówiąc, każdemu życzę możliwości pożegnania się z bliskim w taki sposób. Cieszę się, że żaden z moich dziadków nie musiał cierpieć i odchodzić tak, jak babcia Marysia.

Co teraz? Teraz zbyt często myślę o przemijaniu i o nieuchronnej śmierci bliskich mi osób. Są to zbyt intymne i mroczne myśli, żeby się w pełni nimi tutaj dzielić. Ale przychodzą zbyt często, najczęściej kiedy moja głowa nie ma nic innego do roboty. Staram się nie walczyć z nimi, ale spróbować je powitać i zaakceptować, jakkolwiek niewykonalnie to nie brzmi. Wiem, że muszę cieszyć się tymi chwilami, które mam dane tu i teraz – sama ze sobą, ze swoim partnerem, z tatą, mamą, babcią. Z Ciri…

Powiązane wpisy
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Copy link
Powered by Social Snap